Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Urodzaj na Akadem...
Jasełka akademick...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 7


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Pomysły na poprawę jakości kształcenia > Co robić z masowością kształcenia? Propozycja terapii.

Jak to jest z forsą? Z różnych rachunków wynika, że Państwo przeznacza na kształcenie jednego studenta rocznie ok. 4 tysięcy złotych, a prorektor UJ mówił w 2002 roku o 5-ciu tys. na studenta UJ. Nie jest to chyba tak całkiem mało, jeśli zauważyć, że wiele uczelni prywatnych kształci na modnych dziś kierunkach za połowę tej kwoty. Na pewno jest to znacznie poniżej kosztów na kierunkach technicznych czy medycznych. Zauważmy jednak, że większość studentów (zaoczni) za naukę i tak płaci. W dającej się przewidzieć przyszłości większej forsy na szkolnictwo nie będzie. Dobrego wyjścia z tej sytuacji nie ma, ale można ratować się jakimś systemem stypendialnym. Widziałbym to tak. Każdy podejmujący studia otrzymuje bon edukacyjny o określonej, zmiennej w czasie (na ile nas aktualnie stać) wartości. Za bon ten może „wykupić” uczestnictwo w jakich chce i gdzie chce zajęciach. Może więc np. (jeśli są miejsca) uczestniczyć w wykładach z teorii prawa na UJ i ekonomiki produkcji w AE. Uczelnie też nie są bierne i mogą uzależnić uczestniczenie w określonych zajęciach od zdania testu kompetencji. Może też (na kierunkach nie wymagających zajęć laboratoryjnych) nie uczestniczyć w żadnych zajęciach, a bon, po upływie terminu jego ważności (i zdaniu egzaminu – to hamulec dla oszustów) odsprzedać państwu.
Propozycja oceniania Mało jest dziedzin, gdzie ocena „procesu produkcji” jest ważniejsza niż ocena produktu finalnego. Jest tak m.in. w produkcji artykułów spożywczych, gdzie zachodzi obawa, że np. producent obniżając koszty zatruje konsumenta jakąś chemią. Trochę podobnie jest w edukacji, gdzie ocena procesu edukowania studenta bywa ważniejsza od oceny jakości absolwenta. Nie proponując całkowitej rezygnacji z oceniania warunków kształcenia, pozwalam sobie zasugerować rozważenie podobnie jednolitej jak np. towarów oceny absolwentów i studentów. Aby sensownie oceniać, będący podstawą obecnej uczelnianej hierarchii, poziom nauczania należałoby wprowadzić jednolitą ocenę wszystkich absolwentów określonego kierunku studiów, tak jak dziś ocenia się maturzystów. W odróżnieniu jednak od matur egzamin taki (kompleksowy, średnio jeden na semestr lub dwa), winien być tylko pisemny, całkowicie anonimowy (część „werbalną” można zresztą zwalić na komputer; opracowanie stosownych testów nie jest zadaniem na lata) i zdawany przed komisją z innego ośrodka. Tak naprawdę, rola komisji ograniczałaby się właściwie do korygowania pomyłek komputera (tam, gdzie możliwe jest sprawdzanie wiedzy, a częściowo i umiejętności przy pomocy komputera) oraz oceniania pisanych przez studenta prac (np. na filologiach). Oprócz porównywalności ocen uczelni zwiększyłoby to znacznie poziom zaufania do dyplomu. Procedurę taką stosować by można do tzw. pierwszego szczebla kształcenia, tzn. licencjatu i studiów inżynierskich. Być może okazałoby się, że liczba magistrantów gwałtownie by zmalała i finansowane przez budżet dobre uczelnie mogłyby, rezygnując z kształcenia licencjatów dobrze przygotowywać magistrów. Gdyby finansowanie uczelni kształcących na niższym poziomie prowadzić wyłącznie poprzez bony edukacyjne i uczciwy system stypendialny, to mogłoby się okazać, że w trosce o swą egzystencję zaczęłyby one bardziej sensownie wydawać zarobiony, właśnie zarobiony, nie otrzymany z MENiS, grosz. Mogłoby też okazać się, że wcale nie jest ważne, czy uczelnia jest państwowa, czy prywatna. Nie proponuję tego rozwiązania w stosunku do finansowanych przez budżet najlepszych kilku uczelni, które powinny jednak uzyskać znacznie większą autonomię, również w zakresie doboru kadry i programów nauczania. Tu możliwe byłoby nauczanie w relacji uczeń – mistrz, co w masowym dziś nauczaniu na poziomie licencjatu nie jest możliwe. Umożliwiłoby to być może powstanie wysoce specjalistycznych zespołów ludzi zajmujących się podobnymi zagadnieniami i mówiących wspólnym językiem zwanych dawniej „szkołami”. Główną zaletę takiego systemu oceniania upatrywałbym jednak w spłaszczeniu hierarchii; taki, zewnętrzny w istocie egzamin trudniej byłoby obejść i student nie miałby wielu możliwości się do takiego „obchodzenia” przyzwyczaić.



strony: [1] [2] [3] [4] [5]
nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.065 | powered by jPORTAL 2