Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Urodzaj na Akadem...
Jasełka akademick...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 4


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Kij w mrowisko > Nauka i biznes czyli kronika niemożności


Tomasz Barbaszewski

Nauka i biznes, czyli kronika niemożności

W wielu wypowiedziach luminarzy nauki polskiej pojawia się oprócz żądań bezwarunkowego zwiększenia nakładów na naukę także druga mantra - „należy doprowadzić do współpracy nauki z biznesem”. I tak od lat – tylko, że za „komuny” mówiono o współpracy z przemysłem, bo słowo biznes nie istniało...

I co – i właściwie nic. Jest tak jak było, choć warunki zewnętrzne zmieniły się zasadniczo – zakładami przemysłowymi nie kierują już dyrektorzy delegowani przez odpowiedni do ich rangi Komitet PZPR. Nie znaczy to oczywiście, że nomenklatura nie ma się dobrze, ale śmiem twierdzić, że zmiana przekonań (lub rotacja) kadr kierowniczych po każdych wyborach nie ma większego znaczenia. Oczywiście kadra profesorska twierdzi, że wina leży po stronie oficerów biznesu, którzy nie chcą docenić ich wybitnych opracowań. Należy jednak zauważyć, że „za komuny” powodem byli „ONI – bo blokują”, a marzeniem wolny rynek, w który pozwoli, że „prawdziwa wiedza znakomitych polskich specjalistów” doprowadzi do błyskawicznego powstania „drugiej Japonii” (Lech Wałęsa nawet przez pewien czas wierzył profesorom!). Ale coś „nawaliło”.

Gdzie leży przyczyna? Moim zdaniem głównie po stronie nauki. Większość jej luminarzy absolutnie fałszywie wyobraża sobie, że silna korporacje międzynarodowe (np. IBM, Toyota, LG...) jest zainteresowana współpracą z ośrodkami naukowymi. Tak nie jest, ponieważ:

  • korporacja ma przynosić zysk, a wprowadzanie nowych technologii łączy się z okresowym jego spadkiem oraz ryzykiem. Dopóki więc nie jest to absolutnie konieczne (np. wzrost konkurencji) to korporacja nie będzie zainteresowana nowymi rozwiązaniami, a skoncentruje się na ulepszaniu już znanych i wykorzystywanych.

A cel ten znakomicie realizują własne laboratoria korporacji, w którym tworzy się kolejne wersje komputerów, samochodów lub telewizorów oraz opracowuje technologię ich wytwarzania. Ze względu na działania konkurencji należy ściśle kontrolować ten proces – a więc lepiej realizować go wewnątrz firmy aby zapobiec ewentualnym przeciekom informacji.

  • korporacja potrafi sprawnie wytwarzać w miarę standardowe produkty i przypomina sprawnie działającą maszynę, w której kręci się wiele współpracujących ze sobą „kółek”. Każda zmiana (zwłaszcza rewolucyjna) może prowadzić do niebezpiecznych zacięć – a te do strat. Dlatego nawet naprawdę dobre i sensowne rozwiązania są przyjmowane z rezerwą. Przykładem może być choćby zastosowanie nowoczesnych pokryć gładzi cylindrów (między innymi przez BMW, Ferrari i Jaguara) w miejsce dotychczas stosowanych tulei, które zakończyło się wymianami silników. Nie wzięto pod uwagę oddziaływania składników niezbyt czystych paliw...

Oprócz oczywiście chybionej inwestycji w dość skomplikowaną aparaturę do nakładania tych powłok firmy musiały ponieść koszty wymiany silników, straciły znaczną część renomy oraz zmuszone zostały do powrotu do starej i sprawdzonej technologii instalowania tulei żeliwnych w aluminiowych blokach silników – co znów oczywiście wiązało się z przezbrojeniem linii produkcyjnych...

Korporacje są więc z natury konserwatywne i mało innowacyjne. Oczywiście przedstawiciele działów PR i marketingu będą głośno przekonywać, że jest inaczej: „nasi inżynierowie opracowali nową, unikalną technologię...”. Ileż to razy słyszałem tą wyuczoną formułkę. Tymczasem najczęściej jest to najwyżej półprawda...

Naprawdę nowe technologie nie powstają w korporacjach! Korporacje asymilują je dopiero na ostatnim etapie rozwoju – kiedy stają się na tyle „dojrzałe”, że ryzyko ich wprowadzenia do produkcji seryjnej i sieci dystrybucyjnej jest zminimalizowane.

A nasi luminarze nauki przede wszystkim spoglądają na wielkie korporacje, bo liczą na dostęp do ich ogromnych budżetów.

Transfer rozwiązań z nauki do techniki zachodzi nieco inaczej. Konieczne jest „pośrednie ogniwo” w postaci firmy innowacyjnej. Z natury jest ona niewielka, natomiast ściśle współpracuje z twórcami technologii. Znakomitym przykładem może być działalność Bernarda Dainesa, znanego w środowisku jako „Father of Fast Ethernet”. W 1992 roku założył on firmę „Grand Junction”, która rozpoczęła produkcję pierwszych urządzeń dla sieci Fast Ethernet (między innymi przełączników). Za trzy lata „Grand Junction” została sprzedana (wraz z prawami do technologii) znanej korporacji CISCO, dzięki czemu szybko zdobyła ona pozycję lidera w branży sieciowej. Cena – 350 mln USD „in cash transaction” (źródło: Business Wire, 16, kwiecień 1997).

Bernard jednak nie spoczął na laurach – i tuż prze sprzedażą „Grand Junction” powstała firma „Packet Engines” - a Bernard zdobył nowy przydomek „King of Gigabit Ethernet”. Na urządzeniach „Packet Engines” działały pierwsze klastery linuksowe w NASA (Beowulf). „Packet Engines” została również sprzedana po około 3 latach za ok. 400 mln USD (niektórzy analitycy twierdzą do dziś, że trzy razy za tanio) Alcatelowi. Po tym była „World Wide Packets”, a następnie „Linux Networks”...

Proszę zwrócić uwagę na mechanizm – NAJPIERW małe innowacyjne firmy skorzystały z prac naukowców (Bernard jest do dziś nauczycielem akademickim), opracowały na własne ryzyko gotowy produkt, który były w stanie dostarczać (moja firma zainstalowała w Polsce kilkanaście dużych przełączników gigabitowych kompatybilnych z Internet 2 wyprodukowanych przez Packet Engines) – a POTEM duża korporacja zakupiła rozwiązanie w celu wykorzystania go w wielkoseryjnej produkcji. A Bernard – cóż, oprócz przydomków i portretów w różnych „Hall of Fame” wielu uniwersytetów zarobił ze wspólnikami (głównie Venture Capital) ponad MILIARD dolarów USA w ciągu około 10 lat... Jeśli ktoś nie wierzy – proszę sprawdzić w Internecie...

Ktoś powie, no tak, komputery, sieci, nauki stosowane. Owszem, prawda. Ale nikt nie kupi „kota w worku” lub tak zwanej „Omnipotencji Ogólnej” (Stanisław Lem). Pierwszy krok nie należy do korporacji – należy do nauki! Na Świecie (i w Polsce również) działają fundusze inwestycyjne wysokiego ryzyka (a wdrażanie nowych technologii to wysokie ryzyko – patrz choćby przypadek „Concorde”), w których należy szukać finansowania pierwszych prac. Wyrzucą drzwiami – trzeba wrócić oknem. Tak to działa – i niestety liczy się jedynie rzeczywisty sukces. Ale wtedy przekłada się on na rzeczywiście duże pieniądze – zarówno dla autorów, jak i dla funduszu inwestycyjnego. To są zwroty na poziomie 300-500% i to w ciągu kilku lat. Wielu polskim „biznesmanom” brakuje na to i kapitału i cierpliwości. Ideałem jest „kupić za X, a sprzedać (koniecznie najdalej w tydzień!!!) za Y, przy czym Y >> X, a koszty sprzedaży na poziomie 1%”. Planowanie na okres 3-4 lat należy do wyjątków.

Z drugiej strony przedstawiciele nauki nie dają żadnej gwarancji powodzenia – bo nie mogą jej dać. Sukces przedsięwzięcia to nie tylko dobry produkt lub usługa – to także umiejętność dotarcia do rynku i klientów. Współpraca naprawdę nie jest więc łatwa.

Sam Bernard Daines powiedział mi kiedyś - „Świat dobrze płaci za wiedzę, narkotyki i rozrywkę”. Ale towar musi odpowiadać potrzebom Klienta, nawet takim, z których sam Klient jeszcze nie zdaje sobie sprawy.

Nauki podstawowe – tu jest inaczej. Społeczeństwo decyduje się płacić garstce ludzi, aby się dobrze bawili. Nawet jeśli projekt jest głęboko uzasadniony to często rezultaty są zupełnie nieoczekiwane. Europejskie Centrum Badań Jądrowych (CERN) zwróciło się prawdopodobnie w 100% dając Światu technologię WWW. Niewątpliwym sukcesem badań kosmicznych jest dla Smitha i Kowalskiego zapięcie „na rzepa”. Fizyk przed II wojną był portretowany jako śmieszny profesorek gubiący parasol i piszący niezrozumiałe znaki na tablicy. Taki sobie godny politowania niegroźny „facio”. A po ataku na Hiroszimę i Nagasaki stał się nagle kapłanem nowego bóstwa – filmy przedstawiają fizyków z poważnymi minami w białych kitlach zamykających za sobą w procesji bardzo ciężkie drzwi.

Płaci się więc takim „odmieńcom - Fizom” - a oni dyskutują – a to o cząstkach Higgsa, a to o 11 wymiarze. I budują coraz to większe i droższe maszyny „nie wiadomo do czego”. Z „Humami” (znów nieoceniony Lem) jeszcze gorzej – będą analizować, czy Mozart napisał równe szesnastki czy też rytm „3 na 2” i to w tak ogranym utworze jak „Rondo alla Turca” (mogę dostarczyć źródła na poparcie obu tez). Ale warto posłuchać dobrej muzyki, przeczytać książkę (również historyczną), czy też obejrzeć ciekawe przedstawienie.

Tylko, że finansujący nie może tak naprawdę (oprócz wyuczenia pewnej liczby studentów) niczego oczekiwać - bo nie da się zaplanować okrycia Kopernika (ulubiony argument „naukawców”). Czyli tak naprawdę jest to SPONSORING (zwany kiedyś mecenatem). A kasa w tym przypadku zależy od możliwości sponsora, bo przecież tak naprawdę (oprócz ewentualnej „sławy mołojeckiej”) nic nie dostaje w zamian. Flaga z nazwą firmy umieszczona np. na koncercie krzyczy tylko głośno - „Stać mnie na sponsorowanie tej imprezy”. Ja już dawno zapomniałem czyje logo było prezentowane na estradzie Filharmonii podczas „Misteria Paschalia”. Żadna z imprez, które sponsorowała moja firma nie przyniosła wzrostu dochodów.

Wielkie korporacje mogą być zainteresowane sponsoringiem, ponieważ interesuje ich tak zwana „kreacja wizerunku”. Sponsorem jest także społeczeństwo, które płaci przecież nie tylko za „godziny dydaktyczne”. Nie należy natomiast mieć złudzeń, że obecny model współpracy nauki z biznesem da się zreformować – bo to okrzyki typu „Socjalizm tak, wypaczenia nie!”. Jeśli pomysł szybkiego Ethernetu by nie wypalił – wszyscy by stracili. Ryzyko ponosił także Bernard Daines. Jak się uda – można odpocząć na Hawajach. A niestety polscy naukowcy nie znoszą wyzwań (lepszym słowem jest challenge). Tak troskliwie budowany autorytet: matura -> mgr -> dr -> dr hab. -> Prof. dr hab. inż... nie może być konfrontowany z rzeczywistością. Dlatego właśnie gwiazdy piosenki nie biorą udziału w konkursach – jeszcze by przepadły i co wówczas pozostałoby z gwiazdorstwa?

Śmiem twierdzić, że efektywna współpraca polskiej nauki z przemysłem nie jest obecnie w naszym kraju możliwa. Wina jak to zwykle bywa leży po obu stronach i wynika z niezrozumienia potrzeb drugiej strony:

Korporacje, które inwestują w Polsce dysponują gotowymi produktami i są zainteresowane jedynie wytwarzaniem (np. produkcja samochodów, telewizorów etc.), prostymi usługami (kodowanie programów, centra logistyczne, przedstawicielstwa sprzedaży itp.). Nie interesuje ich natomiast rzeczywisty rozwój (R & D) – to już mają za sobą. Należy tylko produkować i sprzedawać!

Środowisko naukowe koncentruje się głównie na obronie swoich pozycji, nie potrafi działać w warunkach konkurencji (chyba tylko w Polsce można się spotkać z zarzutami o „kradzież tematyki badań”), nie potrafi pracować zespołowo, nie potrafi przyznać się nawet przed sobą do popełnianych błędów (a więc traci możliwość unikania ich w przyszłości). Za to do perfekcji doprowadziło umiejętność usprawiedliwiania własnej „ogólnej niemożności”. Za wszystko odpowiedzialni są inni – a najlepiej warunki zewnętrzne. Znakomicie ilustruje to prowadzona obecnie dyskusja o pieniądzach. Bardzo jestem ciekaw, czy cokolwiek uległoby zmianie, gdyby od dziś budżet np. UJ wzrósł pięciokrotnie i zlikwidowana obowiązująca siatka płac? Podejrzewam, że podzielono by pieniądze „po sprawiedliwości” - czyli każdemu proporcjonalnie i wszystko pozostałoby po staremu, bo nikt nie chciałby się podjąć ryzyka opracowania rzetelnego planu finansowania dydaktyki, badań własnych itp. i w dopiero w jego konsekwencji wynagrodzeń. Czy profesor zatrudniony na 3 etatach lub wyjeżdżający na „naukowe saksy”naprawdę zrezygnowałby z dodatkowych pieniędzy, gdyby jego pensja wyniosła od jutra 25000 zł?

Ogniwa pośrednie są więc niezbędne – ponieważ nie tylko tworzą poligon doświadczalny dla nowych rozwiązań, lecz również umożliwiają rzeczywistą poprawę bytu naukowców umożliwiając im pobieranie dodatkowych konkretnych zarobków za rzeczywiście osiągane efekty. Przykład Bernarda Dainesa wskazuje, że jeśli rozwiązanie naprawdę jest coś warte – to korporacje same po niego się zgłoszą. Na znacznie mniejszą skalę doświadczyłem tej prawidłowości w praktyce dostarczając specjalizowane oprogramowanie systemowe w bardzo wysokiej cenie dla Fujitsu-Siemens oraz HP. Sami znaleźli mój numer telefonu.

Tomasz Barbaszewski

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.039 | powered by jPORTAL 2